Najpierw były pamiętniki: jeden pisałem, jak miałem 7, drugi – 14 lat. Mimo dużej różnicy wieku oba powstały w ten sam sposób – 2-3 tygodniowy zryw do drobiazgowego utrwalania wszystkiego, co się dzieje. Skrupulatne zapiski, co zostało zjedzone na śniadanie, o której poszedłem spać czy jaki film był w telewizji danego dnia stanowią ogromną większość ich treści. Pozostała część, zbiory kilku – może kilkunastu zdań mają dziś prawdziwą wartość… dokopuję się w nich przez systematykę posiłków i programu telewizyjnego do emocji i przemyśleń 7- czy 14-letniego siebie, tak silnych, że wbrew ówczesnemu standardowi podjąłem się próby ich wyrażenia. Dzięki temu mogę je teraz przywołać i zanurzyć się w nich.
Skąd się brała potrzeba pisania? Impuls pisania pamiętnika pojawiał się zawsze w momentach wyjątkowych. 7-letni „ja” poszedłem do szkoły, 14-letni miałem tę szkołę opuścić i stać się uczniem liceum. Takie chwile wymagają utrwalenia. Gdzieś pojawia się chęć dania świadectwa etapowi życia, który się kończy – tak przemożna, że skłania do pisania, mimo wrodzonego braku systematyczności, mimo braku pracowitości i pewności, że będzie to słomiany zapał. Tym bardziej musi to być przełomowy moment.
Formuła pamiętników pisanych się wyczerpała. Zdając na studia znów pisałem przez 2 tygodnie – dziś czytam to z zażenowaniem. Gorące pragnienie pisania tylko rzeczy ważnych doprowadziło do formułowania długich i bardzo nieszczerych myśli. Chęć roztrząsania wraz z ciążącym myśleniem o potencjalnym czytelniku (wcześniej mi to nawet nie przyszło do głowy) kazały pisać niezgodnie z samym sobą. Koniec nastoletniości zamknął formę pamiętnika.
Pragnienie zapisu życia w momentach przełomowych jednak pozostało. Opuszczenie rodzinnego domu znów domagało się śladu. Niechęć do korzystania ze zdyskredytowanej formy pisanego pamiętnika pozwoliła się zastanowić nad innymi możliwościami. W ten sposób powstał fotograficzny cykl Czwarty pamiętnik. Chciałem wrócić w nim do tej najpierwotniejszej formy pamiętnika: do zapisu fragmentów rzeczywistości pełnych szczegółów, spomiędzy których jedynie wyziera coś ważniejszego. Próby uchwycenia tego wprost, jak pokazuje doświadczenie, mogłyby to tylko zafałszować.
Jest to więc kolejny zryw, długofalowy projekt zabiłby ducha tego momentu – kilka sesji w ramach studenckiej pracowni. Jedynym bohaterem fotografii jest dom, który przez 27 lat współtworzyłem i który po moim odejściu błyskawicznie zaczął się przeobrażać. Na zdjęciach nie ma mieszkańców – ich nie opuszczam, to dalej są moi rodzice – to dom stał mi się obcy. W nim zamykam wszystkie dotychczasowe pisane słowem urywki życia, przechodząc w pisane obrazem?

