Córka była już senna. Przyleciała nieproszona. Bardzo nie na miejscu. Próbowałem ją przekonać, że gdzie indziej będzie jej lepiej, ale nie słuchała. Była piękna, ale musiałem ją usunąć. Tam nie mogła zostać. W ten sposób mogłem ją zabić, ale nie miałem wyboru. Czy mogło być dla niej gorsze miejsce?
Byłem delikatny. Nie usłyszałem słowa protestu. Żeby nie było jej smutno, szklaną celę ubarwiłem słonecznym miejskim widoczkiem. Wyniosłem na zewnątrz – chciałem, żeby poleciała. Ale ona wciąż tkwiła na tej cholernej kartce. Spodobało jej się czy już całkiem zrezygnowała? Poszedłem umyć córkę.






